Doktorki na "Zażynku"

17-18.09.2011

Knyszyn

Długodystansowy rajd na orientację „Zażynek 2011”

Nasza przygoda z długodystansowym rajdem na orientację - „Zażynek” - rozpoczęła się praktycznie rok temu. Wtedy udało nam się pokonać jedynie (a może aż?) 180 z 300 wyznaczonych km. Po raz pierwszy znaleźliśmy się sami w gęstym ciemnym lesie. Niestety nasza nawigacja pozostawiała wiele do życzenia. Kiedy w końcu dotarliśmy do bazy, było już zbyt późno, aby kontynuować jazdę na kolejnej pętli. Obiecaliśmy sobie wtedy, że tak łatwo nie odpuścimy i w następnym roku pokonamy cały dystans.
Rozpoczęły się solenne przygotowania. Przez kolejne miesiące udało nam się zdobyć trochę doświadczenia i popracować nad formą. Skompletowaliśmy też sprzęt odpowiedni pod kątem długodystansowych, nocnych wypraw: mocne przednie lampki i lekkie czołówki miały nam pomóc w osiągnięciu celu.

Ale do rzeczy:

W piątek wieczorem, tuż po pracy, spakowani ruszamy do Białegostoku. Kolacja, krótka pogawędka z Różą, u której nocowaliśmy i spać. Jak zwykle przed dłuższą wyprawą wczesnoporanna pobudka spowodowana podwyższoną zawartością adrenaliny we krwi. Nie możemy doczekać się startu! śniadanie kolarskie: makaron z sosem mięsnym, kawa i… kierunek Knyszyn.
Po drodze odwiedzamy sklep w Białym: zapasowa dętka i torebki podsiodłowe. Chcemy pomieścić się ze wszystkim bez użycia plecaków.
Na miejsce docieramy ok. 11.00. Szybki przepak i odprawa tras. W tym roku są tylko dwie: kolarska na 300 km i piesza na 100 km. Obie należy przebyć w limicie 24h.

12.00 START

Pierwsi na trasie - stali bywalcy. Puszczamy się w pogoń za nimi! Po kilku chwilach oglądamy się za siebie: pusto, nikogo nie ma. Czy aby dobrze jedziemy? Chwila zastanowienia: co robić? Wracać czy pruć dalej? Na szczęście zza zakrętu
wyłaniają się pojedynczy kolarze. Uffff... a jednak obraliśmy dobry kierunek. Teraz tylko do przodu!
Na pierwszej pętli spotykamy Jarka, którego poznaliśmy podczas poprzedniej edycji Zażynka. Będzie towarzyszył nam już do końca rajdu. Do naszej trójki dołączają również dwaj młodsi koledzy. Pogoda dopisuje. Trasy nawigacyjnie w miarę proste, a i tempo jakie narzuciliśmy nie sprawia nikomu większych problemów. Pierwszą 105-kilometrową pętlę kończymy ok. godz.17-stej. W bazie czeka na nas ciepły posiłek (pyszna kasza z gulaszem + kompot), dodatkowo do wyboru: herbata lub kawa, i batoniki. Po czterdziestu minutach jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Chcemy jak najwięcej przejechać za dnia.
Drugą pętlę rozpoczynamy w składzie 3-osobowym (jeden z młodszych
kolegów ma problemy z kolanem, drugi solidarnie z nim zostaje). Na pierwszy i jedyny punkt kontrolny na zamku w Tykocinie docieramy tuż po zmroku. Jesteśmy mile zaskoczeni: zostajemy zaproszeni do środka na kolejny poczęstunek przygotowany przez organizatorów. Podbijamy karty rajdowe i ruszamy dalej. Dołącza do nas Tomek. W tym składzie jedziemy już do końca rajdu. Druga pętla liczy 89 km. Noc raczej chłodna, ale nie mroźna. Podróż mija w atmosferze rozmów o wspólnej pasji – o rowerach :-) Tempo równe i dosyć szybkie, jednak nikt nie narzeka. Aby ukończyć cały dystans, nie możemy pozwolić sobie na jazdę spacerową. O godz. 23:00 docieramy do bazy. Zgodnie wyznaczamy godzinną przerwę na posiłek, uzupełnienie zapasów, napełnienie bidonów, no i zebranie sił.
Trzecią 58-kilometrową pętlę w całości pokonujemy w nocy. Na szczęście jest nawigacyjnie łatwa - przejrzyste niebo, jasno świecący księżyc i mocne lampki ułatwiają podróż. Bez problemu trzymamy się właściwej trasy. Pod koniec zaczynamy już odczuwać zmęczenie i brak snu. Mamy przesyt napojów izotonicznych i marzymy o zwykłej herbacie. W końcu meldujemy się w Knyszynie. Jest godz. 4:00. Szef trasy kolarskiej podpisuje nam karty i uśmiechając się mówi: „W tym roku trochę lepiej, no nie?” Okazuje się, że pamięta nasz tandem z poprzedniego rajdu :) No cóż... trudno było nie zapamiętać, w zeszłym roku właśnie ok. 4 nad ranem wróciliśmy dopiero z drugiej pętli, szukając właściwej drogi ponad 6 godzin!
Teraz jest znacznie lepiej. Do wymarzonej mety pozostało już tylko 48 km! Ostatnia najkrótsza pętla. Rutynowo uzupełniamy zapasy, mała przekąska, wymarzona herbata i w drogę.
Pierwsza połowa czwartej pętli wiedzie asfaltami. W międzyczasie podziwiamy wschód słońca, w lesie spotykamy sarenki i śmieszną małą myszkę, która przebiega nam drogę. Coraz bliżej do mety, ale i sił coraz mniej. Od dłuższego czasu pieczę nad mapą trzyma Danka, ja pilnuję przejechanych kilometrów pomiędzy punktami zaznaczonymi na mapie. Na twarzach widać już zmęczenie. W końcu docieramy do celu! Knyszyn!! Meta!! Niemozliwe stało się realne. Na licznikach nieco ponad 300 km. Satysfakcja ogromna - jest z czego się cieszyć - jeszcze nigdy nie pokonaliśmy tak długiej trasy za jednym podejściem. Dodatkowo Danka jest drugą kobietą, która ukończyła cały rajd podczas dziewięciu edycji Zażynka i pierwszą, która przejechała dystans 300 km (wcześniej dystans Zażynka był krótszy - liczył 250 km).
Do uroczystego zakończenia pozostały jeszcze trzy godziny. Próbujemy choć na chwilę zmrużyć oko. Ja chyba zasypiam na pół godziny i podobno nawet udało mi się chrapnąć :).
O 10.00 przyjeżdża do nas Róża. To ona zadba o nasz bezpieczny powrót do domu. O godzinie 12.00 wręczenie dyplomów i gratulacje.
Bardzo miła atmosfera, niewątpliwie wspaniała przygoda i możliwość sprawdzenia własnych sił i możliwości. „Zażynek” na pewno długo pozostanie nam w pamięci.
Jednak apetyt rośnie w miarę „jeżdżenia” :-) kolejne wyzwania przed nami! Głowy pełne przeróżnych pomysłów. Które z nich uda nam się zrealizować? Co przyniesie przyszły sezon? Zobaczymy...