Kraków w jeden dzień

21.04.2012

Siedlce - Kraków

Na początek winni jesteśmy sprostowanie: wyjazdu do Krakowa nie traktowaliśmy jako cel sam w sobie, ale chcieliśmy sprawdzić jak wygląda tak długi maraton w rzeczywistości, jak reagują nasze organizmy przy takim obciążeniu, jak z piciem, jedzeniem itp.

Ale do rzeczy.
Pobudka 3:20, śniadanko, kawka i wyjazd 4:00. Wszystko zgodnie z planem. W Siedlcach mijamy kilku kolesi, którym brakło czasu w piątek, aby uczcić weekend na szczęście udaje nam się ich ominąć. Następne zagrożenie to stado dzików w lesie pod Domanicami –na pulsometrze +10 uderzeń.

Pomału się rozwidnia , temperatura spada i można pooglądać mgły ślicznie snujące się nad polami – widoki naprawę warte wczesnej pobudki. Pomimo zapowiadanych przeciwnych wiatrów śmigamy to 32 to 28km/h nie pada, wygląda , że pogoda będzie sprzyjać. Na początku małe problemy z GPS, ale wydaje się, że znajdujemy rozwiązanie. Nic bardziej mylnego. O mały włos, nie trafiamy na trasę szybkiego ruchu Radom - Kielce. Przydają się wydrukowane mapy i zapiski zrobione przed wyjazdem. Trasa wiedzie przez rzadko uczęszczane wiejskie drogi i tu korzystamy głównie z Jarowej nawigacji.

Pijemy i jemy regularnie jednak raczej z rozsądku niż z potrzeby. Widoki po trasie naprawdę cudne , jedyne co nas zaczyna martwić to krążące wokół chmury. W Gzdowie Danka łapie gumę i zatrzymujemy się na przystanku autobusowym gdzie zastaje nas deszcz. Trudno podjąć decyzję jechać i zmoknąć czy czekać i tracić czas. Zapowiada się na dłuższą ulewę więc decydujemy się na kontynuowanie jazdy. Kolejne dwie godziny w deszczu- przemaka całe ubranie. Po drodze mijamy dwójkę kolarzy- też zupełnie przemokniętych.

Trasa pomału nabiera pagórkowatych kształtów. Od Pińczowa jedziemy już albo z górki 40/kmh albo pod górkę 13km/h. Z wolna zapada zmrok, a przed nami jeszcze „tylko” 70km do pokonania. Długie podjazdy dają nieźle w kość, zmęczenie powoduje rozdrażnienie co sprzyja drobnym sprzeczkom.

W …… zatrzymujemy się na zakupy, Dana dogrywa sprawę z noclegiem. O mały włos, a nocowalibyśmy pod gołym niebem – przez drobne nieporozumienie pani z recepcji zarezerwowała nam miejsca w innym hotelu niż chcieliśmy i do którego zmierzaliśmy a po 22.00 kończy pracę i nie mielibyśmy z nią kontaktu, aby błąd naprawić.

Ostatnie kilometry wydają się coraz dłuższe i nie ma jak oszczędzać sił. Nie możemy zejść poniżej 10km/h, żeby się nie stoczyć. Na miejsce docieramy przed pierwszą, jeszcze chwilę zajmuje nam odnalezienie numeru domu.

Cel osiągnięty!
W sumie 360km, 21godzin w podróży przy czym czystej jazdy niecałe 16godz.
Nie wiemy, gdzie się podziało 5 godzin przerw :-)
Z zaśnięciem żadnych problemów- zamykam oczy, otwieram i już ranek. Na dworzec mamy ok. 17km i chcemy dojechać wcześnie, aby spokojnie kupić bilety i troszkę się rozejrzeć. Na zwiedzanie Krakowa czasu nie wystarcza.

W pociągu analizujemy przebieg wyprawy i wyciągamy wnioski na przyszłość. Przede wszystkim musimy odchudzić rowery i ograniczyć zbędny bagaż oraz skrócić przerwy „na batona”, aby nie marnować czasu.